moje komentarze
Piszę w lubczasopismach
-
02.02.2011 20:28
-
02.02.2011 14:04
Ostatnie notki
-
WOŚP - czadowa farba na ruinach
Jestem jednym z tych dinozaurów, które pamiętają pierwszą akcję WOŚP. Byłem wtedy studentem, a moi...
05.01.2012 15:32 2 -
Pieniądze czy praca (ZUS czy OFE?)
Zwykle nie jestem "pierwszy do mówienia". Kiedy zdarza mi się słyszeć rozmaite elokwentne osoby i...
02.02.2011 13:59 6 -
Ile się nawzajem kosztujemy?
Od lat śledzę z uwagą rozmaite dyskusje, ocierające się o tematykę finansów państwa. Wydaje się, że...
25.10.2010 20:28 0
Moje ostatnie komentarze
-
Autostrady powstają, mniej więcej tak jak przez ostatnie kilkanaście lat całe osiedla i...
26.05.2012 02:10
-
Uabstrakcyjnianie okrucieństwa!
Ludobójstwo, masowe prześladowanie itp. dokonywane gdziekolwiek nie bierze się znikąd. Muszą...
18.04.2012 14:18
-
"Podstawą nauki języka i późniejszego jego stosowania jest wykucie i późniejsze...
20.03.2012 19:11
-
Nie wyobrażam sobie uczenia języka, w którym łacina leży u podstaw 60% słownictwa, bez...
20.03.2012 13:58
-
Jedno zdanie, a 11 błędów: "Jesli", "sporzeć", "ogrnaiczneie nauczanie", "osoób",...
20.03.2012 13:46
Aktywne dyskusje
-
WOŚP - czadowa farba na ruinach
komentarze: 2ostatnio: MARIKO2
-
Pieniądze czy praca (ZUS czy OFE?)
komentarze: 6ostatnio: MACMINER
-
Kto winny, kto winny?
komentarze: 2ostatnio: MACMINER
Archiwum postów
| « | Maj 2012 | |||||
| Pn | Wt | Śr | Cz | Pt | So | Nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||



@2mek99
Na razie wygląda to tak:
- autostrady miały być na Euro 2012, tak, żeby dało się dojechać od granicy do stadionu, a nie są. To sukces czy porażka?
- system Viatoll, postawiony za ciężkie pieniądze, jak na razie jeszcze nie przynosi dochodu państwu, tylko "się spłaca". Za to kierowcy tirów nauczyli się omijać viatollowe drogi i rozjeżdżają drogi lokalne
- wykonawcy autostrad uciekają z placu budowy, tak jak COVEC (radzę poczytać uważnie, co naprawdę wygoniło COVEC!) albo plajtują jak DSS, albo odmawiają przyjęcia odpowiedzialności za wykonanie elementów drogowych (jak AlpineBau - patrz most w Gorzyczkach), albo wykonują drogi w takiej technologii, że natychmiast wymagają remontu
- skutkiem powyższego konkretny ciężar finansowy spada na podwykonawców - zrobili robotę, nie dostaną pieniędzy. Oni splajtują, a pieniądze za wykończoną kiedyś (miejmy nadzieję) autostradę będą płynąć do innych kieszeni. Mało tego, parę dni temu syndyk DSS wysłał pismo do podwykonawców, żeby oni wpłacili pieniądze na likwidację DSS, bo samo DSS nie ma nawet tyle, żeby było z czego przeprowadzić tę upadłość...
- o aferze ze StalExportem i A4 między Krakowem a Katowicami i tajnymi zapisami umowy miłosiernie zamilczę
- obiecywana od wielu lat obwodnica Gliwic okazała się pustymi słowami - od 1 czerwca trzeba będzie płacić za przejazd A4 wewnątrz aglomeracji. Innymi słowy: rozkopano Gliwice, pobudowano zjazdy, zabierając mnóstwo terenu, a Gliwice będą z tego miały g..., ciężarówki będą dalej jeździć przez środek miasta.
- koszty budowy autostrad są u nas na terenie w większości nizinnym takie jak w innych krajach w ciężkim terenie górskim
- planowane koszty opłat autostradowych dla użytkowników okazały się tak wysokie, że aż Unia Europejska musiała interweniować
- budowa dróg bez porozumienia z samorządami, a często wbrew nim (przykład - A4 i Jaworzno albo S3/dawna 3 w okolicach Pyrzyc). To rodzi cały szereg problemów - blokowanie rozwoju sieci dróg lokalnych, przerzucanie kosztów utrzymania dróg na samorządy (przypadek starej "trójki") itd. Koniec końców będzie to wyglądać tak, że GDDKiA będzie "zachęcać" kierowców do korzystania ze ślicznej drogi ekspresowej czy autostrady, jednak kierowcy, zwłaszcza ciężarówek, przyciśnięci finansowo, będą rozjeżdżać drogi gminne.
- zabranie środków z UE przeznaczonych na rozwój kolei i przesunięcie ich na drogi (jak to się skończyło, chyba nie muszę przypominać?)
- zadłużanie kraju w gigantycznym tempie. Nie sztuka budować na kredyt, sztuka go potem spłacić.
I tak dalej, i tak dalej. Przykłady można mnożyć, ale i tak widać, że budując autostrady spartolono niemal wszystko, co tylko się dało spartolić. Od 5 lat rządzi PO, które miało wystarczająco czasu, żeby wszystko zrobić porządnie, a nie zrobiło. Rzecz jasna, nie usprawiedliwiam tym ani PiS, ani wcześniejszych decydentów, tylko chcę zwrócić uwagę, że chwalenie się, ile to kilometrów zbudowano za czasów PO jako żywo przypomina mi odtrąbiane wielkie sukcesy budownictwa mieszkaniowego z czasów Gomułki (mieszkania takie, że klaustrofobii można dostać na samą myśl) i Gierka (sypiące się blokowiska z wielkiej płyty) albo niedawny boom budowlany w Hiszpanii (inwestycje dla samych inwestycji - efektem są puste dzielnice-duchy).
Uabstrakcyjnianie okrucieństwa!
W tym przypadku mocodawcami Łambinowic po II wojnie światowej jest międzynarodowa komunistyczna szajka z siedzibą w Moskwie, do której należeli również komuniści, rządzący Polską do 1989 r. Rozważanie, czy miejscowy psychopata to Żyd, Polak, Rosjanin czy Ślązak, nie ma tu kluczowego znaczenia - istotne jest, kto jest mocodawcą.
A jeśli zapyta Pan Ślązaków o Łambinowice, to ci, którzy jeszcze pamiętają tę historię (bo stracili tam najbliższych), to bez żadnych wątpliwości odpowiedzą Panu, że chodziło o prześladowanie właśnie Ślązaków, jako potencjalnego niezależnego czynnika na tych terenach. Ślązaków, którzy przyznawali się do polskości, przed wojną walczyli o polskość, ale niekoniecznie patrzyli na Sowietów jako na zbawicieli.
Temu służyły nie tylko Łambinowice, ale także wywózki Ślązaków do ZSRR - to był temat tabu w czasach PRL. Liczbę osób wywiezionych szacuje się między 30 a 90 tysięcy!
Zob. np. tu:
http://ipn.gov.pl/portal/pl/394/967/
@nieklasyczny
Widzę, że na metodyce nauczania języka zna się Pan świetnie. Proponowana przez Pana metoda to nie nauczanie języka, tylko tresura. Mniej więcej tak się uczy metodą Callana, tylko że w ten sposób wytresowani debile nadają się jedynie do zastosowania w celach przewidzianych przez tresera. Callanowcy z zasady nie umieją zdać egzaminów, wymagających użycia inteligencji (obejmujących np. zrozumienie tekstu czytanego, pisanie wypracowań), ale do obsługi obcojęzycznych klientów w ściśle określonych sytuacjach nadają się świetnie. Tylko, że niedługo w tej funkcji zastąpią ich maszyny, potrafiące bezbłędnie "wykuć" nie jeden, ale kilkadziesiąt języków.
A zanim następnym razem coś Pan napisze na temat metodyki nauczania języka, sugeruję zapoznać się z jakąś literaturą, np. książkami Jeremi'ego Harmera, bo inaczej znów wyjdzie Pan na (nie)klasycznego ignoranta.
@nieklasyczny
W jaki sposób wytłumaczy Pan uczniom, dlaczego antonim od "readable" brzmi "unreadable", a od "legible" brzmi "illegible", jeśli nie wie Pan, że po łacinie "lego" znaczy czytać, a negatywne przedrostki do słów łacińskich to "in/ir/il/im-", w przeciwieństwie do "un-" pasującego do rdzeni germańskich?
Albo jak wyjaśnić różnicę między "precede" a "proceed", jeśli nie wiem, co w łacinie znaczy przedrostek "pre", a co "pro"?
Ewentualnie, dlaczego "post" znaczy zarówno "poczta", jak i "słup" oraz "posada"?
Oczywiście - można wszystko wykuć na pamięć, tylko co to ma wspólnego z prawdziwą nauką?
@majcin
"Jesli", "sporzeć", "ogrnaiczneie nauczanie", "osoób", "wybiora", "w ktorym (bez przecinka)", "większa", "dogrywają", "własnie", "maetmatyczno", "sa"
Po tej wypowiedzi chyba nie trzeba już żadnego komentarza na temat ograniczania przedmiotów humanistycznych w szkole. Jak widać, entuzjaści nauk "maetmatyczno-przyrodniczych" godzą się na to, żeby być humanistycznymi debilami. Gratuluję!
@Katolik
Zwłaszcza jest to powodem pedofilii i homoseksualizmu w kościele anglikańskim i protestanckich, w których nie dość, że Watykan nie ma nic do powiedzenia, to nawet nie ma celibatu. :(
Panie pseudokatolik (a w rzeczywistości - lefebrysta), dokształć się Pan w tej kwestii, bo nie wszyscy są takimi ignorantami jak Pan. Zjawisko homoseksualizmu i pedofilii istnieje wszędzie i istniało zawsze. Istniało i kwitło nawet w tym wspaniałym średniowieczu, do którego Panu tęskno - proszę sobie poczytać stosowne dzieła doktorów Kościoła, na przykład Piotra Damiana. Zresztą, po co to piszę - zapewne jako wielbicielowi średniowiecza nie jest Panu obce dzieło "Liber Gomorrhianus" tegoż autora?
@bisnetus
Funkcjonariuszu Bisnetus. Niestety pomyliliście Terlikowskiego z Terleckim. Dzisiaj nie będzie wypłaty.
Kilka refleksji
2. Szlaki kolejowe, jeśli dobrze się im przyjrzeć, odbijają w sobie historię Polski, zarówno najnowszą, jak i XIX-wieczną. Wypadek pod Szczekocinami zdarzył się na odcinku mostkującym PRL-owską CMK, łączącej Śląsk z Warszawą oraz stary szlak kolejowy z północy do Krakowa.
3. Argument, że w II RP było ileś kilometrów szlaków kolejowych, a teraz jest ileś jest raczej nietrafiony. II RP to były duże obszary na wschód od Wisły i Bugu, na których sieć kolei jest bardzo rzadka. Po II wojnie światowej dostaliśmy w spadku po Niemcach świetnie rozwiniętą sieć kolejową, dzięki której możliwa była podróż z dowolnej dziury (powiedzmy, Olesno) do dowolnej innej dziury (powiedzmy, Karpacz). Obecnie filozofia kolejnictwa jest taka, że kolej ma obsługiwać główne szlaki, a o lokalne dojazdy niech się martwią miejscowi. Trudno więc porównywać zupełnie różne systemy kolejowe w II RP, w Niemczech, w PRL i obecnie.
Ale byłby możliwy model - zresztą istniejący także przed II wojną światową, że "dojazdowe" końcówki linii, np. takie jak ta prowadząca do Karpacza, byłyby obsługiwane przez lokalne samorządy lub choćby prywatne koleje. Według mnie prywatyzacja kolei powinna przyjąć właśnie taki kształt: główne szlaki kolejowe (wraz z taborem) należą do struktury centralnej, natomiast z tymi głównymi szlakami w "centrach przesiadkowych" łączą się linie lokalne, które mogą być samorządowe lub prywatne. Potrzebna jest też jedna instytucja, która będzie pilnowała zgrania rozkładów jazdy oraz sprzedaży biletów (żeby nie było takich absurdów jak teraz, że każda spółka kolejowa ma własne bilety, własne kasy, a pasażer biega zdezorientowany po dworcach).
A nieczynna obecnie linia kolejowa do Karpacza została zbudowana z inicjatywy prywatnej - PKP dostało ją z dobrodziejstwem inwentarza po II wojnie światowej, a kiedy linia przestała być atrakcyjna ekonomicznie, w PKP zabrakło pomysłu albo woli, żeby ją "uwolnić" i przekazać w prywatne ręce. Paradoksalnie, stacja w Karpaczu obecnie jest prywatna, ale tory - nie... Od 2000 r. pociągi nie jeżdżą już do Karpacza.
Liberalizm - tak
Dlatego odmawiam w ogóle dyskusji na temat reanimowania tego ekonomicznego trupa. Po prostu system solidaryzmu społecznego, w ramach którego obecne pokolenie składa się na emerytur poprzedniego, zdechł. Koniec kropka. Każdy, kto próbuje twierdzić, że jest inaczej, po prostu ściemnia.
W związku z tym jedyny możliwy do przyjęcia system emerytalny to model liberalny: każdy zbiera (tj. inwestuje) na własną emeryturę. Każdy jest odpowiedzialny za siebie - to, co nazbiera, to jego. Biorąc pod uwagę ekonomiczny indyferentyzm większości Polaków (zasada "jakoś to będzie"), można ewentualnie przymusić wszystkich do inwestowania składki minimalnej (ok. 360 zł miesięcznie), żeby potem na emeryturze nie stawali się klientami opieki społecznej, ale to jedyne ustępstwo, które mogłoby mieć sens w stosunku do modelu czysto liberalnego.
Co w takim razie z obecnymi emerytami, w tym moimi rodzicami itp.? Po pierwsze: wytłumaczyć im, że piją piwo, którego sobie sami nawarzyli. Uwierzyli politykom równie naiwnym ekonomicznie jak oni sami. Ich prawa nabyte przestały obowiązywać, ponieważ instytucja, która gwarantowała im te prawa, już dawno zbankrutowała. Nie podpisywali umowy ubezpieczeniowej ze mną, ja nie jestem drugą stroną tej umowy i nie widzę powodu, żebym miał płacić za zbankrutowaną instytucję. Po drugie - skoro druga strona umowy "społecznej" zbankrutowała, trzeba się zastanowić, co zrobić, żeby obecni emeryci nie umarli z głodu. Tu pozostawiam pole dla pomysłowości polityków - niech się wykażą swoją wielką troską społeczną. Być może należy utworzyć jakiś fundusz, wprowadzić powszechny podatek "ZUS-bankrucki". Jestem gotów płacić taki podatek, byle wreszcie ktoś policzył, ile naprawdę pieniędzy brakuje w zbankrutowanym systemie emerytalnym i ile w związku z tym trzeba zapłacić. Ale jest jeden warunek: podatek na tych emerytów będzie "solidarny", tzn. nie tak, że ja będę płacił 500 zł, a rolnik 2 zł, tylko każdy po równo, oraz że każdy emeryt będzie z tego podatku dostawał tyle samo, tj. emeryturę minimalną, wystarczającą na przeżycie, np. 1500 zł.
Pomijając już inne aspekty, ten prosty system pozwoli w ciągu jednej nocy zlikwidować ZUS - nie będzie konieczności utrzymywania całej administracyjnej hydry. Już samo to sprawi, że rachunek ekonomiczny wyjdzie na plus.
@Zet Over & Partizan
Na miejscu PiS-u siedziałbym cicho i czekał, aż rządowy bardak osiągnie apogeum.
Ale proszę bardzo, konkretne wyliczenia proponowanego przeze mnie systemu emerytalnego:
Założenia:
- emerytury otrzymują ci, którzy przepracowali 40 lat, ale nie wcześniej niż w 65 roku życia
- średnia przeżywalność na emeryturze to 10 lat (ten parametr można zmodyfikować, ale mniej więcej się zgadza, bo 79-65=14 dla kobiet, 72-65=7 dla mężczyzn)
- środki wpłacane w ciągu 40 lat są _inwestowane_, a nie wrzucane na jakieś wirtualne konta. Dzięki temu inflacja nie gra roli, bo nawet gdyby środki były inwestowane wyłącznie w obligacje, zwrot powinien być wyższy niż inflacja
- emerytura w tym obowiązkowym systemie jest wystarczająca na przeżycie i nic ponadto
Wobec tego:
10*12*1500 zł = 180.000 zł (suma środków do wypłacenia w okresie przewidywalnego czasu pobierania emerytury)
40*12 = 480 okresów składkowych
180.000 zł / 480 = 375 zł. Tyle powinna wynosić standardowa składka emerytalna
Oczywiście można robić inne wyliczenia, z założoną jakąś stopą inflacji i zwrotu z inwestycji - tyle że to jest zawsze pisanie palcem po wodzie, bo takie modele (jak pokazuje życie) mają się nijak do rzeczywistości. Wystarczy przyjąć założenie, że realna wartość środków zainwestowanych w program emerytalny nie powinna spaść, ponieważ obligacje są oprocentowane ponad inflację.
Jeśli ktoś życzyłby sobie mieć wyższą emeryturę, może dowolnie inwestować w polisy ubezpieczeniowe, indywidualne konta emerytalne itp, albo we własne dzieci. Ta podstawowa emerytura służy temu, żeby człowiek na starość nie stał się klientem opieki społecznej, a jeśli chce mieć lepiej, to jego wybór.
System można zweryfikować, jeśli okaże się, że średnia przeżywalność na emeryturze wzrośnie.
Pytanie, co zrobić z osobami, które już pobierają emerytury, albo są w trakcie płacenia składek. Znam odpowiedź na to pytanie, ale nie ujawnię jej, chyba że jakiś polityk zatrudni mnie jako eksperta. W końcu za coś parlamentarzyści pobierają swoje wynagrodzenie, to niech myślą.
@Julian Arden
Abonament czy podatek?
Dla światłych Europejczyków - proszę sobie sprawdzić szczegółowe warunki funkcjonowania "abonamentów" w różnych krajach Unii. Wbrew propagandzie, którą uprawia KRRiT, nie są to abonamenty, ale licencje, podatki itp. Najlepszy, przystający do polskich realiów wzór, to brytyjski. W UK jest jasno powiedziane, że jest to "TV licence", którą opłaca się za faktyczne oglądanie telewizji na żywo. Niezależnie, jaką drogą otrzymujemy sygnał - czy jest to przez antenę, kabel, czy przez internet, należy opłacać TV licence wtedy, gdy oglądamy telewizję państwową na żywo. Jeśli natomiast mamy telewizor, który służy np. do odtwarzania DVD, monitoringu, lub oglądania wyłącznie telewizji Al Dżazira przez internetowy set-top-box, nie trzeba wnosić opłaty. Proste? Proste. Dlatego Brytyjczycy w znacznie większym procencie płacą TV licence, bo mają poczucie, że zasady są uczciwe. A Polacy nie płacą, bo mają słuszne poczucie, że są oszukiwani przez państwo - tak samo, jak w przypadku podatków drogowych, które wydawane są na inne cele niż drogi, czy składek ubezpieczeniowych, które zapewniają jedynie długie miesiące lub lata oczekiwania w kolejce do lekarza, "z łaski NFZ".
@Adampio
Ja też chodzę w góry ponad trzy razy dłużej niż istnieje telefonia komórkowa, ale kto ze współczesnej młodzieży potrafi nadać latarką lub paszczą górski sygnał SOS? (6x na minutę itp.) :)
Głupota powinna być karana naturalnymi konsekwencjami
W takiej sytuacji:
a. idący w góry mający odrobinę rozumu, wykupywaliby stosowną polisę OC
b. idący w góry pozbawieni rozumu byliby eliminowani metodą Darwina lub metodą ekonomiczną (tzn. albo zginą w tych górach, albo do końca życia komornik będzie im wisiał na pensji, więc pewnie drugi raz bez sensu nie polezą w góry)
c. chodziliby również w góry ci, którzy mają na tyle wiedzy i doświadczenia, że ewentualny wypadek musiałby być naprawdę wynikiem splotu nieprzewidywalnych okoliczności (a nie bezmyślności) - przede wszystkim czynni członkowie stowarzyszeń turystyki górskiej. Takie przypadki można by traktować jako rzeczywiste przypadki losowe i byłaby to niejako "pomoc koleżeńska".
BTW. Coś wiem na temat chodzenia po górach, byłem i na Babiej, i na Baraniej (nieraz), żona jest przewodnikiem górskim. Trzy lata temu w sierpniu wchodziłem na Rysy od słowackiej strony, to był akurat dzień, gdy przez Polskę przechodziła trąba powietrzna. Ja miałem na tyle rozumu, żeby zawrócić pół godziny przed szczytem (już nad schroniskiem, na siodle Wagi), a wracając widziałem, jak po tych "bardziej odważnych" latał śmigłowiec TANAPu (już po przejściu nawałnicy).
Wschód słońca na Babiej to wspaniałe przeżycie, ale biwakowanie tam w środku zimy przy takiej pogodzie... szkoda słów.
BTW 2. Jeśli ktoś był w górach, a nie doświadczył szukania drogi w mgle gęstej jak mleko, nagłej burzy, wiatru zwalającego z nóg i śniegu padającego poziomo, niech pochopnie nie zalicza się do grupy (c). Do ciekawszych wycieczkowych sytuacji należą: oświadczenie przez uczestnika wycieczki w trakcie ww. utrudnień pogodowych, że a) ma cukrzycę i właśnie robi mu się ciemno przed oczami lub b) ma protezę nogi lub c) ma kłopoty z krążeniem i nie może zrobić ani kroku, bo zaraz serce mu stanie (wszystko autentyki!).
BTW3. Powyższa sytuacja jest analogiczna do wyjazdów pogotowia ratunkowego w sytuacjach zatrucia alkoholowego. Nie widzę powodu, żeby NFZ, który musi oszczędzać na paskach dla cukrzyków miał finansować wyjazdy pogotowia do pijaków.
DRM?
Jako nabywca e-książek i plików muzycznych w różnych postaciach mam swoje przemyślenia w kwestii DRM-u. Przede wszystkim, DRM nie byłby złym rozwiązaniem, gdyby nie dwa problemy:
- przywiązanie praw do elektronicznego medium zamiast do żywego użytkownika (chodzi o to, że pliki, które nabyłem kiedyś, mogę odtworzyć tylko na ograniczonej liczbie urządzeń - a w praktyce okazuje się, że po pewnym czasie, gdy zmienię urządzenie, zazwyczaj już nie mogę ich odtworzyć, bo nie istnieje oryginalny wydawca DRM, albo pojawia się inny problem techniczny)
- brak jednego DRM dla wszystkich formatów (dzięki temu mam np. wma kupione przez Onet plejer, który niechlubnie zakończył działalność i nie mogę już tych plików odtworzyć po upgrade komputera, książki w formacie PDF chronione wtyczką "fileopen", książki w formacie Palm Ereader chronione nie wiem czym, epuby chronione jakimś Adobe'owym DRMem, jeden plik Microsoft Reader, którego nie mogę teraz niczym otworzyć oraz całkiem sporo Amazonowych AZW).
Te dwa problemy można by rozwiązać już dawno, gdyby wydawcom faktycznie zależało na ochronie praw autorskich, i gdyby chcieli uczciwie traktować odbiorców. Jednak wydawcom zależy wyłącznie na kasie i zawsze będą szukać takich rozwiązań, które (w ich mniemaniu) dostarczą najwięcej przychodu. Cała gadka o ochronie praw autorskich służy tylko zakamuflowaniu ochrony własnego interesu, czyli tego jak wydusić najwięcej kasy z odbiorców.
Rozwiązaniem technicznym mógłby być choćby jakiś "token" - czy to w postaci karty SD, czy innej, który wkładałoby się do urządzenia, które ma odtwarzać pliki. Na tym tokenie zapisany byłby jakiegoś rodzaju podpis elektroniczny osoby - a odpowiednik tego podpisu (hash, MD5 czy na zasadzie klucz publiczny-klucz prywatny) wpisany byłby w zakupiony plik. Urządzenia pamiętałyby ostatni użyty podpis, tak więc nie trzeba by za każdym razem wprowadzać go na nowo, a z drugiej strony - można by zabrać swoje pliki i odtworzyć na odtwarzaczu u znajomego (wkładając własny token). W razie zagubienia lub zniszczenia tokenu instytucja wystawiająca podpis elektroniczny powinna bez problemu odtworzyć go i wydać nowy token. Od strony technicznej wprowadzenie jednolitego i sensownego DRM-u i powiązanie go z fizycznym użytkownikiem (a nie z urządzeniem) nie byłoby więc wielkim problemem. Problemem jest natomiast mentalność koncernów, których jedyną zasadą jest chciwość i niszczenie konkurencji.
A w kwestii Kindle'a - to nie do końca prawda, że książki z Amazona można czytać tylko na Kindle. Można je również czytać w programie Kindle na PC lub na Androidzie i nawet dość sprytnie działa synchronizacja - jeśli np. przerwę lekturę na Kindle'u i później zacznę czytać ją na PCcie, to program zapyta mnie, czy chcę wznowić od ostatniego miejsca "doczytanego" na Kindle'u.
Egzystencjalny shift
Mówiąc obrazowo - ktoś, kto widzi armię tylko z zewnątrz, może być zafascynowany rozmaitymi rzeczami - pięknym mundurem, bronią, perspektywą kariery. Ale dopiero po zaciągnięciu się do wojska człowiek staje się żołnierzem i cała jego życiowa perspektywa się zmienia.
Podobnie jest w przypadku chrześcijaństwa: można podziwiać rozmaite jego elementy - ale dopóki w życiu nie nastąpi decyzja "zaciągnięcia się" do chrześcijaństwa - tzn. uznania, że Jezus jest najwyższym przełożonym mojego życia (analogicznie do służby wojskowej), dopóty nie można zrozumieć istoty chrześcijaństwa.
Normalnie kolejność powinna wyglądać tak, że dana osoba najpierw podejmuje decyzję o uznaniu Jezusa za "najwyższego przełożonego", a potem przyjmuje chrzest (coś jakby ubranie munduru wojskowego). Obecnie wygląda to raczej tak, że mamy całe mnóstwo "dzieci pułku", tzn. ludzi, którzy wychowują się przy wojsku, dostają nawet mundury, ale nigdy nie podjęli świadomie decyzji, że chcą być żołnierzami, tzn. przyjmują chrzest w dzieciństwie, dorastają przy Jezusie, ale często aż do śmierci pozostają wyłącznie "potencjalnymi" chrześcijanami. Dziecko pułku może jadać z wojskowej garkuchni, uczestniczyć w paradach, ale nikt nie da mu broni do ręki, ani go nie wyśle na poważną misję wojskową... Podobnie jest z tymi potencjalnymi chrześcijanami.
Matematyka Biblii
http://www.macminer.opoka.org.pl/potop.TXT
Rezultat zaskoczył mnie: wygląda na to, że te lata poszczególnych patriarchów nie były wpisane ot tak, z czystej fantazji, ale ktoś to jednak policzył z sensem!
@Jeremiasz Paliwoda
To już mała przesada. W starożytności Arabowie byli koczownikami i jeśli coś liczyli, to najwyżej owce i egipskie, fenickie czy perskie monety.
Natomiast we wczesnym średniowieczu, po powstaniu islamu, rozpoczęła się ekspansja militarna Arabów, poprzez którą zetknęli się z różnymi starożytnymi kulturami. Owocem tego był rozwój nauki, w tym matematyki - czego dowodem są takie nazwiska jak Avicenna (X w.) czy Averroes (XII w.). I z tego rzeczywiście korzystali później europejscy naukowcy, choć później okazało się, że arabskie interpretacje starożytnej wiedzy w wielu miejscach były skrzywione i dopiero upadek Konstantynopola (i związana z nim ucieczka bizantyjczyków na zachód, wraz z ich bibliotekami) przywrócił Europie starożytną wiedzę w całej okazałości.
@unukalhai
Najazd ludów barbarzyńskich w V - i kolejnych wiekach n.e. cofnął Europę pod względem cywilizacyjnym o kilkaset lat. Gdyby nie klasztory, w których przechowano starożytną wiedzę, musielibyśmy rozpoczynać naukę od zera.
Lata krótsze?
a. Lata były faktycznie krótsze, ale nie aż tak bardzo. Prawdopodobnie z jakiegoś powodu (np. bliski przelot dużego obiektu kosmicznego Nibiru, który zadziałał jak hamulec grawitacyjny) Ziemia zwolniła na orbicie okołosłonecznej. Wcześniej rok miał 360 dni.
b. Ludzkość w erze potopu doznała zmian genetycznych. Tu wyjaśnienia są od zupełnie prozaicznych do niemal fantastycznych (np. skrzyżowanie genów ludzkich z... genami kosmitów, z tajemniczą rasą anielską Nefilim - interpretacja Rdz 6,2-4)
c. Królowie i bohaterowie zawsze w relacjach musieli mieć cechy nadludzkie, tak więc relacjonowana niezwykła długość życia jest zabiegiem literackim podobnym do obrazowania faraonów czy innych monarchów w sposób nieproporcjonalny do innych ludzi (zwykli ludzie na starożytnych wyobrażeniach wyglądają przy monarsze jak krasnale).
d. Zmiany były nie tyle w genetyce, co w zmienionych warunkach zewnętrznych, np. większe promieniowanie kosmiczne, zmiana klimatu, choroby lub inny powód (tu - interpretacje Rdz 6,11), tak więc gatunek ludzki, który miał genetycznie wpisaną długowieczność, nie mógł już realizować w pełni swojego potencjału.
e. Wraz z przejściem od trybu życia zbieracza-myśliwego do życia osiadłego wcześniej istniejące choroby zyskały idealne warunki do rozwoju. Chodzi zwłaszcza o choroby powodowane przez mikroorganizmy. Wcześniej ludzie żyli w małych skupiskach, często się przemieszczali, tak więc nie żyli w sąsiedztwie swoich własnych odchodów i wydzielin. Większe było prawdopodobieństwo, że system immunologiczny organizmu zwalczy skutecznie chorobę (a jak nie - to umrze) niż, że choroba rozniesie się i zarazki będą miały szansę zmutować. Trochę żartobliwie można powiedzieć, że 10000 lat temu było znacznie bardziej prawdopodobne, że człowiek zostanie zjedzony przez tygrysa lub innego drapieżnika niż przez małą bakterię, dziś jest wręcz przeciwnie :)
Wszystkie te teorie są w zasadzie możliwe (czyli nie jest to kompletna fantastyka wbrew wiedzy przyrodniczej), ale czy prawdziwe - trudno powiedzieć. Np. istnieją na ziemi gatunki, które potrafią regenerować się niemal bez końca, bodajże jakieś istoty morskie typu Turritopsis dohrnii, ale czy człowiek w idealnych warunkach byłby jednym z takich gatunków - trudno to udowodnić.